Recenzja filmu „Śniadanie do łóżka” – czyli quo vadis Polska kinematografio ?

Miałem dzisiaj okazję być w kinie na kolejnej polskiej komedii romantycznej pt. „Śniadanie do łóżka”. Film oglądało mi się bardzo przyjemnie. Niestety nie z powodu samej treści a bardziej z powodu towarzystwa w jakim się tam znalazłem.

Od pewnego czasu zauważyłem pewien trend w polskiej „kinematografii”. Większość rodzimych produkcji, które wchodzą do kin są to właśnie niesławne komedie romantyczne. Ich przebieg charakteryzuje mniej więcej taki schemat:

  1. poznajemy głównego bohatera i środowisko w jakim się porusza
  2. główny bohater albo zakończył jakiś związek, albo jest wolny i ma mroczny sekret
  3. główny bohater poznaje główną bohaterkę w dziwnej sytuacji
  4. wszystko układa się znakomicie
  5. następuje jakiś wstrząs, główni bohaterowie się rozstają
  6. w perspektywie mają się już nigdy w życiu nie zobaczyć, ale któreś z nich podejmuje desperacką i szaloną próbę odzyskania drugiej połówki
  7. happy end

Wracając do naszego filmu, w stu procentach realizuje się on w podanych punktach. Oczywiście zdaje sobie sprawę, że pewne gatunki rządzą się swoimi prawami i nie mam o to pretensji. Zdaje sobie też sprawę z tego, że idąc na taki film nie powinienem spodziewać się jakiś wyjątkowych emocji czy refleksji. Idąc na taki film oczekuje dobrej rozrywki w postaci zabawnych sytuacji, sprowokowanych całą romantyczną otoczką. Niestety coraz częściej wybierając się na film tego pokroju otrzymuje półtoragodzinną reklamówkę różnych firm.

Streszczając pokrótce fabułę:

  1. Piotr jest niedocenionym kucharzem z wielkim talentem i ma przyjaciela od serca, który mu załatwia różne performance na imprezach
  2. zerwał z dziewczyną, bo ona zdradzała go ze swoim szefem makaroniarzem, żeby dostać awans
  3. Piotr jedzie na swoim nieodłącznym skuterze, główna bohaterka wjeżdża mu pod koła jadąc rowerem
  4. spisuje jej dane, następnie usiłuje go namówić na spotkanie i w końcu po długich błaganiach się mu udaje i wszystko układa się znakomicie
  5. główna bohaterka nakrywa go gdy żona przychodzi do niego do domu i próbuje go uwieść, zrywają
  6. Piotr dowiaduje się, że detektyw śledził jego byłą dziewczynę i przez przypadek nakręcił film jak on odrzuca próbę uwiedzenia go, może więc udowodnić, że nie zdradził swojej obecnej, biegnie na lotnisko powstrzymać ją przed wyjazdem
  7. niestety nie zdąża a że ma kolegę w liniach lotniczych wchodzi na pokład samolotu puszcza filmik wszystkim pasażerom a następnie oświadcza się i wszyscy biją brawo, happy end

Fakt, że Piotr jest kucharzem stwarza doskonałą okazję do wszelakich „product placementów”. I tak zostajemy nakarmieni reklamami Kotanyi (przyprawy), B..cośtam..off (patelnie) i Bosch (sprzęt kuchenny). Nie mam nic co do product placementu jako takiego, natomiast tutaj jest on strasznie nachalny. Po prostu przy każdej okazji gdy bohater używa jakiejś rzeczy z wymienionych kategorii, dostajemy zbliżenie na markę. Z innych zalet filmu mogę wymienić: bezbarwną grę aktorów, beznadziejne dialogi, naciąganą historię oraz poziom gagów jak z serii kawałów „przychodzi baba do lekarza”. Po prostu dno i 10 ton mułu. Film był żenujący. I jeżeli kiedyś by was pokusiło się na niego wybrać to lepiej poproście kogoś żeby wam uciął nogi siekierą, naprawdę dużo lepiej na tym wyjdziecie.

Pytam więc „quo vadis Polska kinematografio” ? Ile jeszcze razy wybierając się na polską produkcję będę mógł być z góry pewien, że obejrzę totalny gniot ? Jaki to ma sens ? Po co tworzyć filmy, które nie sprawiają nikomu radości ? Ani widzom ani aktorom. Bo gdyby sprawiały, to sądzę, że ich gra wyglądała by inaczej. Nie wymagam cudów, chcę po prostu dostać to co oczekuje.

Gdy wybieram się na jakiś amerykański film pokroju Transformersów czy Batmana albo jakiegoś Iron Mana wiem, że nie jest to kino wysokich lotów. Wiem też, że dostanę dobrą dawkę rozrywki, film będzie ładny wizualnie i będzie dużo efektów specjalnych. Tak samo wybierając się na amerykańską komedię czy film animowany. Amerykanom bardzo rzadko trafiają się totalne gnioty. Bo wiedzą, że jak wypuszczą totalny syf to nikt go nie obejrzy i nie zwróci im się kasa wydana na niego. Dlatego większość ich filmów jest na dobrym poziomie i raczej nie oszczędzają na niczym. Wiedząc, że oszczędzając wyprodukują gniot i stracą więcej.

Niestety, krótkowzroczność jest chyba naszą narodową cechą i nigdy się nie nauczymy, że czasami trzeba ponieść pewne ofiary aby w perspektywie odnieść wielkie zyski. Dlatego apeluje do panów filmowców, zamiast robić 10 romantycznych gniotów, zróbcie jeden a dobry.

  1. Tomek pisze:

    Wisisz mi 15 minut życia, które spędziłem nad analizą zdania „jadąc na swoim nieodłącznym skuterze, główna bohaterka wjeżdża mu pod koła jadąc rowerem” ;-)…

  2. Haha, rzeczywiście trochę to niezgrabnie sformułowałem, już poprawione, dzięki za informacje 😉

  3. pati pisze:

    A gdzie w temacie ‚SPOILER’? :PP

  4. Hm, spojlery są w tym roku niemodne, teraz zakłada się dyfuzory 😛

  1. There are no trackbacks for this post yet.

Leave a Reply

Informuj mnie o odpowiedziach poprzez e-mail. Możesz również subskrybować wpis bez zostawiania komentarza.